2010-06-25/07-08

Ponownie Bieszczady i pierwszy raz w życiu Zambrów

Nadszedł czas letniego urlopu. W tamtym roku spędziłem go w Bieszczadach i zapowiedziałem sobie, że na pewno jeszcze tam wrócę. Bo i całej trasy Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej wówczas nie zaliczyłem, i wszystkich (a nawet połowy. A nawet jednej trzeciej…) szlaków nie przeszedłem. No i... bo tam pięknie jest i zupełnie inaczej niż w zakurzonym i pomazanym markerami i szprejami Wrocławiu. Tym razem bazą wypadową w góry została Wetlina. Niestety więc nie mogłem, jak w tamtym roku, z okien pokoju widzieć pociągów. Co prawda przez Wetlinę również linia bieszczadzkiej wąskotorówki przebiega, ale nic po niej od lat nie jeździ, a tory spokojnie zarastają. Zaliczenie tego odcinka trasy, o ile w ogóle będzie możliwe, to w odległej przyszłości. Natomiast możliwe jest w lecie (od 1 lipca do 31 sierpnia) przejechanie mało popularnego odcinka linii na jej drugim końcu – z Balnicy do Smolnika niedaleko Łupkowa. Z tej podróży relację zdam poniżej. Zaś drugą część urlopu spędziłem w Zambrowie na Podlasiu, dokąd pociągi kiedyś jeździły, ale od dawna już nie jeżdżą i nigdy jeździć nie będą. Niemniej – skoro już tram dotarłem, byłą stację kolejową odwiedzić wypadało i oczywiście to uczyniłem. A zatem cały urlop spędziłem po drugiej, dla niektórych dzikiej, stronie Wisły.

Podróż z Wrocławia do Wetliny na znacznym (niektórzy proponują radykalnie - na całym) odcinku trzeba odbyć autobusem. Praktykowane ostatnio na wielką skalę przez PKP Intercity udowadnianie, że pociągami niedasię nigdzie jeździć, dotknęło w tym roku mocno Podkarpacia. Kiedyś stacjami przesiadkowymi z pociągów na autobusy do Wetliny, Ustrzyk i Cisnej były Sanok i Zagórz. Obecnie dojazd pociągiem do Zagórza i Sanoka jest skomplikowaną operacją logistyczną, wymagającą długiego planowania i posiadania przeogromnej ilości czasu, więc na autobus trzeba się przesiadać już w Rzeszowie. Czyli - najpierw jedziemy około ośmiu godzin pociągiem do Rzeszowa, a potem cztery godziny autobusem z Rzeszowa do Wetliny. Najczęściej i tak z przesiadką w Sanoku. Róbcie tak dalej, kolejarze, i niedługo rzeczywiście ludzie zewsząd dowsząd będą autobusami i (brrr) busikami jeździli.

Do Rzeszowa w nocy z 24 na 25 czerwca dotarłem pociągiem TLK. Odwieczną rzeźnią wrocławsko - przemyską, odjeżdżającą "od zawsze" z Wrocławia po 22. Dzięki wspaniałomyślnie pozostawionym przez Wiodącego Przewoźnika na tej linii Biletom Fioletowym nie była ona nawet specjalnie droga. I, o dziwo, wygodna - zapełnienie w części przemyskiej nie przekraczało 50%, więc w nocy można było sobie nawet podrzemać. Większość wsiadających we Wrocławiu zajęła miejsca w wagonach do Krynicy, które wówczas jeszcze kursowały (przestały po lipcowych powodziach i zniszczeniu mostu na Popradzie w Nowym Sączu, kiedy zawieszono ruch pociągów na odcinku Tarnów – Nowy Sącz - Krynica). Warto było wyjechać dzień wcześniej zamiast w inaugurujący wakacje piątek. Wagony w składzie rzeźni typowo rzeźniowe – stare mechpomy z poplamioną tapicerką. Ale woda w WC była. Ręczniki i papier również. Na wrocławskim Dworcu Głównym trwa wielka przebudowa, którą ekipa Jacka Prześlugi pragnie udowodnić, jak bardzo PKP się na dobre zmienia. Hol jest zamknięty, główny tunel pod peronami również. Bilety można kupić na dworcu tymczasowym od strony ul. Suchej albo w kasie Przewozów Regionalnych na peronie drugim. Część peronów jest wyłączona z ruchu. Na pozostałych kłębią się bezradnie zdezorientowani pasażerowie, usiłując zrozumieć zanikające w straszliwym hałasie komunikaty z megafonów. Za to dworzec w Rzeszowie o wpół do siódmej rano to miejsce kompletnie nie wyglądające na centrum komunikacyjne miasta wojewódzkiego. Opustoszały hol, cicha ulica z przemykającymi chodnikiem nielicznymi przechodniami, podstawiony przy drugim peronie InterREGIO do Wrocławia z kilkunastoma pasażerami na pokładzie... Jak w sennym, powiatowym miasteczku. Na szczęście na dworcu jest czynny bar, gdzie można napić się kawy, pogapić na spoty wyborcze Jarosława w TVP1 i pożreć sporych rozmiarów zapiekankę. Pieczoną w piecyku a nie z mikrofalówki. Jako koneser dworcowych zapiekanek zwracam na to dużą uwagę. Po siódmej na dworcu zrobiło się ruchliwiej, od strony miasta nadchodzili ludzie, jak można było z ich rozmów wywnioskować, część przybyła autobusami z odległych zakątków województwa (np. z Ustrzyk). Skoro pociągiem „w Polskę” dasię wyjechać tylko z Rzeszowa...

Na pobliskim dworcu autobusowym ruch był dużo większy niż na kolejowym. Chociaż sam dworzec jest mniejszy i dosyć obrzydliwy. Ciasny, śmierdzący spalinami i smarami placyk wypełniony szczelnie autosanami różnych sortów i kolorów. Autobus do Ustrzyk Górnych (ale niestety przez Lutowiska) obsługiwany przez Veolię, odjechał planowo z zapełnieniem ~50%. Oczywiście autosan. Korki w stolicy Podkarpacia były tym razem mniejsze niż rok temu, więc w Sanoku również byliśmy planowo. Tutaj dworzec kolejowy jest już zupełnie bezludny, a sąsiadujący z nim autobusowy tętni życiem. Ponieważ był to ostatni dzień roku szkolnego, tętnienie miało charakter odświętny i młodzieżowy. Na wyjeżdżające w kierunku okolicznych wsi i miasteczek autobusy oczekiwały spore grupy galowo odzianych uczniów sanockich szkół ze świadectwami w rękach. I napojami wyskokowymi w plecakach. Oraz w organizmach. Wakacje się zaczęły, trzeba to uczcić. Autobus do Wetliny również w sporej części wypełnili hałaśliwi chłopcy, zapewne z jakiegoś technikum albo zawodówki. Turystów - plecakowców jak na lekarstwo. Wszak sezon w Bieszczadach zaczyna się 1 lipca. I od tego dnia ruszają codzienne pociągi BKL do Przysłupa i Balnicy, jak również sezonowe autobusy Veolii i innych PKS-ów między Wetliną a Ustrzykami Górnymi. Podróż autobusowa była wygodna, niemniej dużo bardziej męcząca od kolejowej - ani się przejść po korytarzu, ani na chwilę położyć czy nóg wyciągnąć. Wyjeżdżając z Rzeszowa o ósmej rano, do Wetliny docieramy na 12:34. Czyli jazda trwa prawie pięć godzin. O ileż wygodniej byłoby bezpośrednim pociągiem dotrzeć do Zagórza czy Sanoka, i stamtąd dopiero (z jedną przesiadką!) autobusem do Wetliny. Ale niedasię. Przewozy Regionalne mają na południowym Podkarpaciu ofertę żałosną, Intercity nie ma żadnej. Kolej w stanie głębokiego zwinięcia.

Lokalną, bieszczadzką odmianę kolei zwiniętej można oglądać w Wetlinie. Linia Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej, biegnąca z Rzepedzi, przez Smolnik (z odgałęzieniem do Nowego Łupkowa), Balnicę, Cisną, Przysłup i Wetlinę do Moczarnego, jest czynna i tętni sezonowym życiem na odcinku Przysłup - Cisna - Balnica. Piękny krajobrazowo i na pewno dający szansę sporego zarobku odcinek Przysłup - Wetlina jest zapuszczony i od lat nieużywany. Fundacja BKL, opiekująca się linią i prowadząca na niej przewozy turystyczne, nie wiedzieć czemu skupiła się na odgruzowaniu torów i przywracaniu ruchu w dużo mniej turystycznie uczęszczanym kierunku Łupkowa. Po udrożnieniu linii puszcza pociągi między Balnicą a Smolnikiem tylko w letnie weekendy. Podczas gdy do Przysłupa kursują one w lipcu i sierpniu codziennie, w maju, czerwcu i wrześniu - w soboty i niedziele, ciesząc się ogromnym zainteresowaniem. Które pewnie by wzrosło, gdyby zamiast w środku niczego (a Przysłup takim środkiem niczego jest) kończyły bieg w Wetlinie, będącej świetnym punktem wyjściowym w wysokie partie Bieszczad. Ale cóż - niedasizm widać jest chorobą prześladującą wszystkich kolejarzy. Prężnie i odważnie działający bieszczadzki ich odłam również okazał się być na nią nieodporny. Wetlina to klasyczna wieś letniskowo - turystyczna. Co dom - to pensjonat albo knaypa. Albo i to i to. W lipcu nagle robi się na głównej drodze okropnie ruchliwie, w sklepach nie można dopchać się do kasy, a co weekend odbywa się nawet po kilka koncertów i imprez muzycznych. W sobotni poranek wszyscy pasażerowie, wsiadający do autobusu relacji Ustrzyki – Krosno poszli "na kolejkę" w Przysłupie i Majdanie lub (i) do bankomatu w Cisnej (w Wetlinie takiego urządzenia brak). Z Cisnej w dalszą drogę autobus odjechał kompletnie pusty. Tak to Fundacja BKL do spółki z PKO BP nabijają kabzę PKS Krosno. Bo gdyby był pociąg z Wetliny, to by się „na kolejkę” szło prosto ze śniadania w pensjonacie. Na obrazkach poniżej: most kolejowy za stacją w Wetlinie w kierunku Moczarnego. Oraz przejazd drogowy przed tą stacją w kierunku Przysłupa, ze stojącą przepięknie w skrajni budą biletową Bieszczadzkiego Parku Narodowego.

2010_06_28_16_06_47_wetlina.jpg2010_06_29_18_42_08_jawornik-wetlina.jpg2010_06_29_18_42_42_jawornik-wetlina.jpg2010_06_29_18_43_44_jawornik-wetlina.jpg

O pociągach do Wetliny można sobie na razie (i pewnie długo jeszcze) pogdybać. Nie przyjechałem jednak w Bieszczady, by gdybać - to mogę z powodzeniem robić w domu. Gdy tylko zatem przyszedł weekend, wykorzystałem go na wyprawę pociągiem BKL do Smolnika. Na stacji w Majdanie jak zwykle przy weekendzie i pięknej pogodzie panował ruch, na parking zajeżdżały autokary, w sklepie z suwenirami kręcili się kapryśni klienci, a przystacyjny bar wypluwał z siebie kolejne porcje frytek i Leżajsków w plastikowych szklanicach. Bilet do Smolnika i z powrotem kosztował 25 zł - moim zdaniem cena przystępna jak na tak długą podróż efektowną trasą. W tamtym roku kasę biletową w budce obsługiwał kierownik pociągu ze swoją przenośna maszynką do paragonów. Teraz (pewnie w sezonie zawsze tak jest) po bilety trzeba było się udać do budynku dworcowego, gdzie sprzedawała je miła pani. W międzyczasie przyjechały wypełnione po sufit ludźmi pociągi z Balnicy i Przysłupa. Skład z Balnicy po odłączeniu chyba dwóch wagonów i zmianie czoła stał się pociągiem do Smolnika. Odniosłem wrażenie, że ilość taboru zgromadzonego na stacji w Majdanie wzrosła. Nie tylko zresztą na stacji - w tamtym roku, gdy kursowały naraz dwa składy, jeden zawsze był zestawiany z wagonów krytych a drugi z letnich. Teraz oba pociągi - i ten z Przysłupa, i ten (krótszy) do Smolnika były prawie w całości "letnie", co zresztą publiczności bardzo odpowiadało. Do czasu zmiany pogody... Ale nie uprzedzajmy faktów. Na razie jesteśmy na stacji w Majdanie, popijamy zimny Leżajsk i podziwiamy zgromadzony tam tabor BKL, manewry składu balnicko - smolnickiego i wjazd pociągu z Przysłupa. Z którego zresztą kilka osób się przesiadło na ten do Smolnika. Proszę - mamy w Majdanie węzeł przesiadkowy!

2010_07_03_11_52_53_stacja_majdan.jpg2010_07_03_11_53_08_stacja_majdan.jpg2010_07_03_12_10_40_stacja_majdan.jpg2010_07_03_12_12_37_stacja_majdan.jpg2010_07_03_12_38_21_stacja_majdan.jpg2010_07_03_12_39_37_stacja_majdan.jpg2010_07_03_12_47_04_stacja_majdan.jpg

Nadeszła oczekiwana przez wszystkich w pociągu godzina trzynasta (zupełnie jak za komuny - wtedy też wszyscy na nią czekali) i, najpierw powoli, jak żółw ociężale... I tak już przez cały czas. BKL, jak przystało na klasyczną polską wąskotorówkę, szybko nie jeździ. Co ułatwia sprawę focistom, którzy mają czas uwieczniać wszystkie malownicze widoki, jakie się przed ich oczyma i obiektywami rozpościerają. A focistą podczas podróży pociągiem BKL jest niemal każdy pasażer. Po odjeździe rozległy się ochy i achy, jak tu ślicznie i wspaniale, i w ruch poszły migawki aparatów dużych, małych i tych w telefonach. Odcinek Majdan – Balnica obfotografowałem już bardzo dokładnie w tamtym roku. Ale w tamtym roku byłem w Bieszczadach we wrześniu i krajobrazy dookoła stawały się już jesienne, A w czerwcu - mimo że linia ta sama i góry dookoła też te same - moje oczy zaatakowała pokrywająca je zewsząd rozszalała zieloność. Nie wytrzymałem i znowu sięgnąłem po aparat. Tam jest zbyt ładnie. Bieszczady? Powinni tego zabronić!

2010_07_03_13_01_50_stacja_majdan-balnica.jpg2010_07_03_13_03_16_stacja_majdan-balnica.jpg2010_07_03_13_03_25_stacja_majdan-balnica.jpg2010_07_03_13_21_22_stacja_majdan-balnica.jpg2010_07_03_13_28_26_stacja_majdan-balnica.jpg2010_07_03_13_30_40_stacja_majdan-balnica.jpg2010_07_03_13_35_02_stacja_majdan-balnica.jpg

Po około czterdziestu minutach jazdy dotarliśmy do Balnicy - stacji położonej przy granicy słowackiej. Oraz przy sklepie spożywczo - przemysłowym. Właściwie nic innego oprócz granicy i sklepu w pobliżu nie ma. Balnica, podobnie jak wiele bieszczadzkich miejscowości, to bardziej wspomnienie po wsi niż wieś rzeczywista. Pociąg zatrzymał się na kilka minut, co dało mi znakomita okazję do zrobienia kilku fotek. W tamtym roku udało mi się dojechać tylko dotąd, bo we wrześniu pociągi "dalekobieżne" do Smolnika już nie kursowały. Jeszcze jedna różnica - wówczas pociąg prowadziła niebieska Lyd2 z reklamą Husqvarny. Która tym razem przyprowadziła do Majdanu pociąg z Przysłupa. Do którego w tamtym roku jechałem z Lyd2 czerwoną. Która w tym roku pojechała przez Balnicę do Smolnika. Oto dowody na jej czerwoność:

2010_07_03_13_40_47_balnica.jpg2010_07_03_13_42_02_balnica.jpg2010_07_03_13_42_14_balnica.jpg

Od Balnicy zaczęło się zaliczanie ostatniego możliwego obecnie do zaliczenia odcinka linii BKL. Linia, nawiasem mówiąc, ma zabawny przebieg. Na odcinku Majdan - Żubracze biegnie wzdłuż drogi Cisna - Komańcza - Dukla, potem ją przecina i rusza ostro pod górę i na południe ku granicy słowackiej, którą osiąga w Balnicy. Następnie kawałek biegnie wzdłuż owej granicy, po czym skręca z powrotem na północ i z górki (z przeraźliwym piskiem dociskanych do kół klocków hamulcowych) pociąg zjeżdża z powrotem ku drodze na Komańczę. Z którą spotyka się przed Wolą Michową i dalej już aż do Smolnika jedzie się wzdłuż drogi. Są to dużo mniej, niż między Cisną a Wetliną, turystycznie uczęszczane okolice. I o wiele rzadziej zaludnione. Wystarczy porównać ilość autobusów z Cisnej do Wetliny i z Cisnej do Komańczy by zobaczyć, dokąd w Bieszczadach ludzie chętniej jeżdżą. Ale dla mnie ta odludność okolic Woli Michowej jest wielce atrakcyjna. Lubię takie odludzia. Ale czy klienci BKL je polubią? Mocno wątpliwe, patrząc na częstotliwość kursowania pociągów do Smolnika, długość jego składu i stosunkowo słabe jego zapełnienie w porównaniu z zatłoczonymi pociągami do Przysłupa. Oraz na poziewywanie i nerwowe spoglądanie na zegarki pasażerów pociągu do Smolnika, płacz ich znudzonych dzieci i dosyć, chwilami, monotonne śródleśne krajobrazy między Balnicą a Wolą Michową. Dla fanatyków takich jak ja (albo większych ode mnie, bo w środowisku fanatyków mogę uchodzić za raczej chłodnego i umiarkowanego) taka podróż to rozkosz, ale ileż można zarobić na fanatykach? Obrazki z podróży z Balnicy przez nieczynną i zarośniętą stację Maniów oraz czynną Wolę Michową do Smolnika poniżej. W Woli Michowej, podobnie jak w Balnicy, pociąg na kilka minut przystanął, co dało mi okazję pobiegać po chaszczorach i pofotografować.

2010_07_03_13_50_36_balnica-wola_michowa.jpg2010_07_03_13_59_02_balnica-wola_michowa.jpg2010_07_03_14_03_14_balnica-wola_michowa.jpg2010_07_03_14_05_42_balnica-wola_michowa.jpg2010_07_03_14_08_55_balnica-wola_michowa.jpg2010_07_03_14_17_55_balnica-wola_michowa.jpg2010_07_03_14_21_13_wola_michowa.jpg2010_07_03_14_22_02_wola_michowa.jpg2010_07_03_14_22_45_wola_michowa.jpg2010_07_03_14_28_29_wola_michowa-smolnik.jpg2010_07_03_14_32_35_wola_michowa-smolnik.jpg2010_07_03_14_36_03_wola_michowa-smolnik.jpg

No i dotarliśmy do Smolnika. Tu linia rozbiega się w dwie strony - na południowy zachód do Nowego Łupkowa, gdzie styka się z normalnotorową linią Zagórz - Łupków - Medzilaborce oraz na północny zachód do Rzepedzi, gdzie Władza Ludowa (która miała ambicję nieść kaganek oświaty i postępu wszędzie gdzie się pojawiła, a potem wyszło jak zwykle) pobudowała w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku wielki kombinat drzewny. No bo co to za władza ludowa, która nie stawia kombinatów gdzie popadnie? Bieszczadzka wąskotorówka miała zaspokoić głód kombinatu na przeogromne ilości ton świeżego drewna. Więc wybudowano jej odnogę do Rzepedzi. Potem jednakowoż przyszła dekada sukcesów, gdy Polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatniej (za pożyczone od grubych kapitalistów z cygarami pieniądze), a wraz z nią postanowiono zaszczepić Polakom miłość do kół ogumionych w miejsce "przestarzałych", dymiących węglem i sapiących parą machin na kołach stalowych. Pobudował tedy dobry rząd w Warszawie drogi, w tym i w Bieszczadach słynne bieszczadzkie pętle - małą i dużą. I okazało się, że drewno zamiast po wąskich, krętych i słabo przepustowych torach można wozić szerokimi, wygodnymi, asfaltowymi drogami, lejąc w baki starów i jelczy przodującą radziecką ropę z Rurociągu Przyjaźni. Transport towarów kolejką zaczął podupadać, a całkowicie zamarł po upadku Jedynie Słusznego Ustroju. Upadły wtedy również zbudowane przez proroków Ustroju kombinaty, w tym ten w Rzepedzi. I pociągi na kilka lat stanęły, a tory zarosły. Odcinki Smolnik - Nowy Łupków i Smolnik - Rzepedź zarastają zresztą dalej, jako że czynna linia obecnie kończy się właśnie na trójkącie torów w Smolniku, stworzonym przez linie Rzepedź - Moczarne, Nowy Łupków – Smolnik, oraz łącznicę między nimi, umożliwiającą przejazd z Rzepedzi do Łupkowa bez zmiany czoła. Podobnie zatem jak w Przysłupie, linia turystyczna urywa się w środku niczego. Bo stacyjka "Smolnik (Trójkąt)" wcale w centrum wsi Smolnik się nie znajduje. Nieciekawie. Obrazki ze Smolnika poniżej.

2010_07_03_14_44_44_smolnik.jpg2010_07_03_14_46_22_smolnik.jpg2010_07_03_14_47_25_smolnik.jpg2010_07_03_14_48_28_smolnik.jpg2010_07_03_14_48_33_smolnik.jpg2010_07_03_14_49_30_smolnik.jpg2010_07_03_14_50_38_smolnik.jpg2010_07_03_14_57_10_smolnik.jpg2010_07_03_14_57_52_smolnik.jpg2010_07_03_14_59_17_smolnik.jpg2010_07_03_15_00_50_smolnik.jpg

Jak widać wyżej manewry w Smolniku, podobnie jak w Przysłupie, odbywają się z użyciem siły grawitacji. Lokomotywa zjeżdża sobie na boczek (tutaj akurat jest to jeden z boczków Smolnikowego trójkąta), a odhamowane przez załogę pociągu wagony staczają się kilkadziesiąt metrów w dół w stronę Rzepedzi. Potem lokomotywa doczepiana jest na drugim końcu składu i podciąga go z powrotem "w perony" (a właściwie w peron jedyny). Tutaj muszę dodać, że załoga pociągu BKL jest nader liczna, ponieważ wagony mają hamulce ręczne. I w każdym z nich siedzi pan hamulcowy, który kręci kołem w odpowiednich momentach. Niestety, mimo licznej załogi "pokładowej", kontrola biletów to w pociągach BKL zjawisko kompletnie egzotyczne. Jeżeli ktoś jest cwaniakiem – może jeździć za darmo. I pieniądze prawdopodobnie przez paluszki Fundacji przeciekają, niestety. W Smolniku, ze względu na manewry, postój był dłuższy niż na stacjach pośrednich. Był więc czas na to, co przeciętni turyści lubią najbardziej - czyli wizytę w pobliskim barze i położonym obok niego WC. W czasie gdy 3/4 pasażerów kupowało kiełbaski i inne przysmaki, ja znowu biegałem po chaszczorach i pstrykałem fotki, narażając się na ukąszenia nienaturalnie dużych tutejszych owadów i palenie przez nienaturalnie mocne promienie nienaturalnie ciepłego słońca. W końcu jednak kiełbasy zostały zakupione i umaczane w najtańszej musztardzie. Można było ruszać w drogę powrotną. I tu ZONK! Nagle zrobiło się chłodno. Pasażerowie przewiewnych letnich wagonów zaczęli żałować, że nie jadą w jedynym w składzie wagonie krytym. W ruch poszły kurtki, swetry i inne zabezpieczenia przed chłodnym wiatrem, wiejącym coraz mocniej. Znowu w pociągu rozległ się ryk zmarzniętych dzieci płci obojga. Ech, turyści... Takim nie dogodzisz. Gorąco – źle. Zimno – też źle. Obrazki z drogi powrotnej ze Smolnika do Majdanu poniżej. Przemieściłem się podczas powrotu na drugą stronę wagonu, stąd na zdjęciach widać drogę Komańcza - Cisna i położoną przy niej wieś i stację Wola Michowa. Tym razem zatrzymaliśmy się tam tylko na moment niezbędny do przekazania obsłudze pociągu świeżych pączków przez czekająca już na nas panią. Gdy w tamtym roku czekałem tu we wrześniowy wieczór na autobus do Cisnej, obiecałem sobie, że za rok przyjadę tu pociągiem. I przyjechałem. A nawet przejechałem. :)

2010_07_03_15_17_09_smolnik-wola_michowa.jpg2010_07_03_15_18_48_smolnik-wola_michowa.jpg2010_07_03_15_20_27_smolnik-wola_michowa.jpg2010_07_03_15_22_08_smolnik-wola_michowa.jpg2010_07_03_15_25_15_smolnik-wola_michowa.jpg2010_07_03_15_31_30_wola_michowa.jpg2010_07_03_15_32_33_wola_michowa-balnica.jpg2010_07_03_15_34_47_wola_michowa-balnica.jpg2010_07_03_15_36_55_wola_michowa-balnica.jpg2010_07_03_15_45_13_wola_michowa-balnica.jpg2010_07_03_15_49_39_wola_michowa-balnica.jpg2010_07_03_15_58_38_wola_michowa-balnica.jpg2010_07_03_16_00_06_wola_michowa-balnica.jpg2010_07_03_16_05_14_balnica.jpg2010_07_03_16_13_42_balnica-stacja_majdan.jpg2010_07_03_16_24_20_balnica-stacja_majdan.jpg2010_07_03_16_32_02_balnica-stacja_majdan.jpg2010_07_03_16_34_33_balnica-stacja_majdan.jpg2010_07_03_16_41_03_balnica-stacja_majdan.jpg

Jak widać na ostatnim obrazku – szczęśliwie, mimo chłodu i wiatru, dojechaliśmy z powrotem do Majdanu. Gdzie zresztą już tak zimno nie było. I co ja teraz będę w Bieszczadach zaliczał? Ani chybi linie normalnotorowe - do Krościenka i Łupkowa. A może w przyszłym roku uda się dojechać do Nowego Łupkowa również wąskim torem? Byłoby wspaniale. Niestety - zawartość strony oficjalnej BKL wygląda dokładnie tak samo, jak przed moją poprzednią wizytą w Bieszczadach. Więc stamtąd się raczej niewiele na temat planów Fundacji dowiemy. Chyba że Fundacja planów nie ma i dlatego o nich nie pisze.

Przenieśmy się teraz ze świata kolei umarłej i z martwych powstałej do innego (lepszego?) świata kolei martwej definitywnie. Po tej samej (przez niektórych uważanej za gorszą) co Bieszczady stronie Wisły leży Zambrów. Mieścina na Podlasiu, więc sporo na północ od Wetliny, Majdanu i Smolnika. Siedziba mleczarni, powiatu, trzech parafii, szpitala i paru innych instytucji. Niegdyś również stacja końcowa lokalnej linii kolejowej z Czerwonego Boru. Której historia powstania ma coś wspólnego z powojenną historią bieszczadzkiej wąskotorówki. Bowiem do Zambrowa tory kolejowe również dociągnęła po II Wojnie Światowej władza ludowa, by wspierać rozwój tamtejszego przemysłu. Bez przemysłu nie ma władzy ludowej, bo robotnicy to sól ziemi. Podróż z Wetliny do Zambrowa, mimo że leżą po tej samej stronie królowej polskich rzek, nie obyła się bez wizyty na drugim jej brzegu. Z Wetliny do Rzeszowa udało się tym razem dotrzeć bezpośrednio, pośpiesznym autobusem Veolii relacji Ustrzyki - Warszawa. Niby dałoby się tym klimatyzowanym autosanem dojechać aż do Warszawy, ale... Po pierwsze - drogo. Po drugie - mimo stosunkowo wysokiego standardu autobusu jednak niewygodnie. Po trzecie - potwornie wolno. Pociągiem, mimo że naokoło - bo przez Kraków i z przesiadką, jednak szybciej i wygodniej. IR "Ślązak" w składzie ET22 + 1B +2xBmnopux przemknął z Rzeszowa pod Wawel szybko i sprawnie z zapełnieniem z początku 50%. Potem stale rosnącym, w Krakowie bliskim już 100%. IR "Jan Matejko" z Krakowa do Warszawy zestawiony z pojedynczego ED72. Pełny. Ludzie w przedsionkach, wszystkie miejsca zajęte. Standard chyba na tej trasie. A potem EN57 jako "Żubr" z Warszawy do Czyżewa. Ten zapełniony bardzo średnio, za Wschodnim 1/3 miejsc była zajęta, ale dodatkowe postoje w Rembertowie, Wołominie i Zielonce, wprowadzone od 1 czerwca, trochę mu tę frekwencję poprawiły. Na każdej z tych stacji parę osób się dosiadało. Odcinek Czyżew - Zambrów pokonałem zaprzyjaźnionym samochodem. I w ten sposób za niecałe 27 zł (1/3 ceny Regio Karnetu) dostałem się z Rzeszowa na Podlasie. Do miasta wymarłej kolei.
Pociągi pasażerskie kursowały do Zambrowa króciutko, już w latach sześćdziesiątych je zlikwidowano, natomiast towarowe jeździły do lat dziewięćdziesiątych. Obecnie śladów po żelaznym koniu bladych twarzy jest już w mieście niewiele. Tory w większości rozebrano, budynek stacji również, zachowały się jeszcze nasypy ze śladami po szynach i podkładach, a w miejscu dawnej stacji resztki rampy załadunkowej i ruiny magazynu. Kolej umarła w Zambrowie przy akompaniamencie triumfalnego ryku silników tysięcy tirów przejeżdżających we dnie i nocami przebiegającą przez miasto drogą krajową nr 8, będącą częścią międzynarodowej trasy E67, znanej jako Via Baltica (tak, to ta droga, która wg projektu „bo tak” forsowanego przez GDDKiA miała przebiegać przez chronione bagna nad Rospudą). Kilka obrazków z byłej stacji w Zambrowie poniżej.

 2010_07_06_18_15_12_zambrow-stacja.jpg2010_07_06_18_16_26_zambrow-stacja.jpg2010_07_06_18_16_40_zambrow-stacja.jpg2010_07_06_18_18_18_zambrow-stacja.jpg2010_07_06_18_20_06_zambrow-stacja.jpg2010_07_06_18_20_54_zambrow-stacja.jpg2010_07_06_18_25_35_zambrow-stacja.jpg2010_07_06_18_26_12_zambrow-stacja.jpg

Praktycznie jedyne miejsca, w których szyny jeszcze ocalały to przejazdy drogowe, skąd zapewne zostaną usunięte przy okazji najbliższych remontów ulic. Miłośników innych niż kolej rodzajów transportu publicznego zapewne zainteresuje fakt, że Zambrów posiada coś w rodzaju komunikacji miejskiej, realizowanej przez lokalny PKS z użyciem wybitnie kultowych autosanów w wersji miejskiej (tzn. z łamanymi drzwiami automatycznymi). Napisałem "coś w rodzaju komunikacji". Albowiem po zapoznaniu się z rozkładem jazdy tejże stwierdziłem, że będąc zambrowianinem, chodziłbym raczej pieszo niż z niej korzystał. Zambrowianie chyba sądzą podobnie, bo wszystkie miejskie autobusy, które podczas trzydniowego pobytu widziałem, były nieodmiennie pełne rozgrzanego powietrza. Na pociechę dodam na koniec, że pospieszna linia PKS Zambrów do Warszawy jest obsługiwana taborem znacznie przyzwoitszym, choć tej samej marki. I w całkiem niezłym czasie półtorej godziny z kawałkiem pozwala dostać się na wyjątkowo obrzydliwy warszawski dworzec PKS Stadion. Skąd przeszedłem na pobliski Dworzec Wschodni. Wówczas jeszcze czynny, ekipy remontowe wkroczyły nań parę tygodni później. Tamże wsiadłem w IR "Mazowsze" do Poznania (ET22 + trzy zdeklasowane jedynki), którym wygodnie, chociaż z opóźnieniem, dojechałem do Poznania. Frekwencja w sam raz na ten skład - prawie wszystkie miejsca siedzące były pozajmowane, zdarzały się osoby stojące na korytarzu, ale raczej z wyboru niż z konieczności. W Poznaniu tradycyjny chaos, tradycyjne "wjedzie wyjątkowo na...", automatyczny drewniany pan zapowiadacz coraz częściej zastępowany jest przez żywą panią, bo nie umie powiedzieć "Inter REGIO" i paru innych słów, a nowych "sampli" oczywiście nagrać niedasię. IR "Bosman" ze Świnoujścia do Wrocławia i Warszawy też przyjechał opóźniony o pół godziny, powodując tym sporo paniki wśród licznie oczekującej na jego warszawską część publiczności. Co niektórzy z oczekujących desperacko przechodzili nawet na sąsiedni peron, gdzie wjechał EuroCity BWE z Berlina do Warszawy. Cóż, pewnie po usłyszeniu od konduktora ile musieliby dopłacić, wrócili... Mimo opóźnienia przy przyjeździe do Poznania część wrocławska "Bosmana" (ET22 + 2 przedziałowe dwójki i jeden piętrus) odjechała planowo z zapełnieniem około 50%. Na Mikołajowie byłem przed czasem. Udało mi się zatem dojechać w miarę szybko i wygodnie z Bieszczad na Podlasie i z Podlasia do Wrocławia unikając arcydrogich i często arcyzatłoczonych pociągów PKP Intercity. Szczegółową fotorelację z urlopu podzieliłem na dwie galerie: „bieszczadzką” i „zambrowską” – do obejrzenia obu oczywiście zapraszam z całego serca.

Odpowiedzi

" w tamtym roku spędziłem go w Bieszczadach" - w tamtym, czyli którym, 1945 ?

Wystarczy kliknąć w link ukryty pod słowami "w Bieszczadach" by się dowiedzieć.